Na pierwszy rzut oka „Matka”, dramat Stanisława Ignacego Witkiewicza, jest typowym dramatem mieszczańskim. Obcując zaś bliżej z jego tekstem, ba, słuchając go w wersji nieco zmodyfikowanej, jako teatru radiowego nie sposób nie zauważyć, iż Witkacy w swoim dziele nie ogniskuje się tylko wokół skomplikowanych relacji matki i syna.

„Matka” jest sztuką wyjątkowo przykrą: Witkacy mówił „niesmaczną”, że zacytuję w tym miejscu wybitnego znawcę literatury profesora Jana Błońskiego „Rzadko trafiają się utwory, w których wszystkie ludzkie uczucia, a już zwłaszcza te najświętsze – zostałyby równie radykalnie wydrwione i zohydzone”.

Mnie w tym dramacie, do którego po 36 latach wróciłem*, tym razem jako reżyser fascynuje wizjonerskie spojrzenie Witkacego na mechanizmy historyczne, analogie i odniesienia do współczesności, ale także na niebezpieczny proces „zbaranienia, mechanizacji oraz, „bolszewizacji i rustykalizmu” A tego autor „Szewców”, „Pożegnania jesieni” i „Pragmatystów” jako pisarz, filozof i twórca czystej teatralnej formy bał się najbardziej! Świadomie też 80 lat temu, w chwilę po wkroczeniu do Polski armii sowieckiej popełnił samobójstwo.

Sięgam też do „Matki” z powodów po trosze teatralno-misyjnych. Otóż dane mi było namówić do współpracy przy słuchowisku wybitne osobowości aktorskie. Chcę ocalać Ich kunszt dodatkowo. Na marginesie dodam, a tego nauczyli mnie moi mistrzowie teatralni – „dobra obsada to połowa sukcesu…”. Czy będzie tak na pewno, czy zdołamy Państwa jako Słuchaczy przekonać, wzruszyć i refleksje wzbudzić okaże się po wysłuchaniu tej „niesmacznej sztuki w dwóch aktach z epilogiem”, na podstawie dramatu „Matka” Stanisława Ignacego Witkiewicza.

* W 1983 r. w Teatrze im. Jaracza w Olsztynie zagrałem w „Matce”, w reżyserii J. Wierzbickiego Leona.

Reżyser: Jan Niemaszek

 

Nieprzyjemna katastrofa

28 listopada 1924 roku Witkacy pisał do żony: „Skończyłem w wagonie jadąc do Jaroskich pod Warszawą potworny dramat C.F. [Czystej Formy] pt. Matka”. Niedługo potem, 13 grudnia tekst zyskał kształt ostateczny. Zadedykowany został Mieczysławowi Szpakiewiczowi, aktorowi i reżyserowi, który wcześniej wystawiał sztuki Witkacego w Toruniu i Łodzi. Ponadto tekst opatrzony został podtytułem „Niesmaczna sztuka w 2 aktach z popularnym epilogiem”.

Oto Janina, matka Leona Węgorzewskiego (pierwowzorem była prawdopodobnie matka pisarza, malarza i filozofa, Maria z Pietrzkiewiczów Witkiewiczowa, choć nie należy obu postaci mechanicznie utożsamiać) jest nadopiekuńcza wobec swego syna półsieroty, który ojca stracił w wieku zaledwie 3 miesięcy. Już  w dorosłym życiu jest on materialnie całkowicie zależny od matki, której dochody są efektem jej nieustających robótek na drutach. Z czasem wymusza nawet, aby utrzymywała jego narzeczoną Zofię Plejtus i jej ojca. Ta praca ponad wszelką miarę możliwa jest jedynie dzięki mocy alkoholu i narkotyków. Sam zaś Leon próbuje stworzyć własny system filozoficzny zapisany w ledwie 32 stronicowej broszurze. Kiedy próbuje przedstawić go publicznie w formie odczytu, wybuchają zamieszki.

Poza tym romansuje z podstarzałą milionerką, zostaje tajnym agentem, żeni się z Zofią, a następnie czyni z niej nierządnicę. Za to jego sytuacja finansowa zdecydowanie się poprawia, choć właściwie Leon nigdzie nie pracuje, bo nieustannie rozmyśla o wspomnianym systemie. Mentalnie zda się być z ducha niczym młodopolski zblazowany artysta-improduktyw. Jest pewien, że ludzkość nieuchronnie zdąża ku katastrofie, czego dowodem jest jej całkowita zatrata potrzeb metafizycznych. Kiedy zaś społeczeństwa nie są już w stanie odczuwać Tajemnicę Istnienia, wówczas zaczynają działać niczym bezrozumne, bezuczuciowe, bezduszne zbiorowości ujednoliconych robotów, wyznawców jednej prawdy, wzorca, systemu.

Leon, choć niezdolny do jakichkolwiek działań praktycznych, niezdolny do podjęcia aktywności, które mogłyby zapobiec upadkowi cywilizacji, a choćby tylko naprawiły rodzinne relacje, próbuje jednak przekonać matkę, aby porzuciła swe robótki na drutach, ale ona nie może się już od nich oderwać. Traci też wzrok, a niedługo potem umiera.

Nim podejmiemy próbę interpretacji, warto słowo powiedzieć o owej Czystej Formie, której utwór ten jest jednym z najwybitniejszych przedstawicieli. Najkrócej rzecz ujmując: w dramacie tego typu chodzi o wykorzystanie szczególnej kombinacji słów, dźwięków, gestów, barw, itp., tworzących „jedność w wielości”, która ma stworzyć takie sytuacje, aby było możliwe doznanie i przeżycie „Tajemnicy Istnienia”. Realizm, szerzej: sztuka realistyczna są zbyt dosłowne, by wywołać emocje dotyczące samego bytu. Daje je dopiero pewnego rodzaju zniekształcenie, w którym liczy się przede wszystkim forma, zaś treść jest nie tyle drugorzędna, co stanowi do formy tej dodatek. Ciągłość fabuły, chronologia, charaktery czy psychologia postaci nie muszą być zachowane i  nie są konieczne, tak jak to jest w przypadku biologii czy fizyki. Sztuka, spektakl tworzą coś na kształt marzenia sennego, w którym wszystko jest możliwe, skrótowo rzec można, że mamy w tym przypadku do czynienia z parodią modelu obyczajowo-naturalistycznego w teatrze. Dziwność, nieliniowość i brak harmonii mają wstrząsnąć odbiorcą, skonfrontować go z nieznanym i zmusić do głębszych przeżyć.

Zdarzenia w dramacie dają asumpt do różnorodnych interpretacji, jednak dominować zda się przekonanie, że jest to sztuka o skomplikowanych relacjach matki z synem. Zapewne tak jest, ale jeszcze bardziej można uznać ją za wykładnię formułowanych przez syna idei, odnoszących się do problemu przemian, które każde pokolenie odsyłają w przeszłość i zarazem wywołują poczucie niejasnego zagrożenia czyhającego w coraz gorszej przyszłości, gdzie panoszą się mechanizacja działań, uniformizacja życia, wszechobecna szarzyzna, w tym najgorsza: szarzyzna mentalna, a co zebrane razem, musi budzić grozę i przerażać każdą wrażliwa duszę. Można odczytywać tu dramat psychologiczny, studium kobiety władczej, bezwzględnej, a nawet okrutnej, której działania i zachowania obliczone są na wywołanie u syna wyrzutów sumienia, a także studium psychologiczne syna, tutaj: człowieka idei, który choć jest w stanie zdiagnozować stan faktyczny, to nie umie sformułować jakiegokolwiek porywającego przesłania. Bunt syna to tylko epizod, dominuje psychiczna zależność w różnych konfiguracjach między osobami. To wreszcie rozpisany na działania sceniczne specyficzny traktat o stanie kultury, a właściwie jej upadku. Bezpowrotnym? To także rozpoznanie wampirycznych cech naszej kultury (ludzkiej?, europejskiej?, polskiej?), żywienia się cudzym, podbojów innego, choć na pierwszy rzut oka kojarzy się ów wampiryzm jako określenie relacji syna z matką, także relacji z narzeczoną Zosią, którymi Leon sprytnie manipuluje i które, właściwie bezwzględnie, wykorzystuje, „wysysa”. Ale jak miałoby być inaczej, skoro świat stał się jałowy, pozbawiony wszelkich wartości, norm, swobody poszukiwań? Katastrofista Leon nie wierzy w nic, nie wierzy w sztukę, w miłość, w religię, w żadne wzniosłe doznania czy idee. Zachowuje jednak resztki ludzkich uczuć, bo na przykład nękają go wyrzuty sumienia, że swoim zachowaniem przyspieszył śmierć Matki. Ostatecznie za późno na cokolwiek, bo oto nadchodzi nowa era, symbolizowana przez Robotników, którzy Leona bez sentymentu rzucają w przepaść. Świat zmienił się nieodwracalnie.

Łatwo skojarzyć niektóre sytuacje sceniczne z podobnymi, występującymi w Matce Przybyszewskiego, Upiorach Ibsena czy Ojcu albo Mistrzu Olofie Strindberga. Witkacy zrywa z tradycją dramaturgii europejskiej swego czasu, deformuje sytuacje, kpi z konwenansów i schematów, demonstruje ironiczny do nich stosunek, w zamian buduje groteskową farsę. To, że utwór toczy się w konwencji przejaskrawionej, parodiującej znane stany i sytuacje nie oznacza, że jest tylko formalną zabawą. Przeciwnie, drwina, parodia, kpina nie wykluczają grozy. W ten sposób Witkacy jest nadzwyczajnie współczesny i ponadczasowy.  Bo to także obraz dzisiejszej rzeczywistości stwarzanej przez kulturę masową, telewizję, media elektroniczne.

Sztuka ta jest wielowarstwowa, a w jej składzie odnaleźć można nurt psychologiczny, czy może psychoanalityczny, autobiograficzny, polityczny, historiozoficzny, estetyczny, itp.. W sumie daje przykład dramatu człowieka, który chciałby wyzwolić się z konwencjonalnych zależności, uwolnić od pozornego, powtarzalnego i przewidywalnego życia. Paradoksalnie, im bardziej próbuje z tym walczyć, tym głębiej w nim grzęźnie. Opowieści o zmaganiach i wizje przyszłości, także idee Leona, o związkach uczuciowych i reakcjach na sytuacje, które mają miejsce, toczą się tu i teraz, a zarazem w podświadomości, są halucynacją, marzeniem, a nawet koszmarem, dostępne w narkotycznym w transie. Tak czy tak, najwyraźniej widać agonię dotychczasowego świata, a Leon taki wielki i pełen idei, w zasadzie jest maminsynkiem, raczej niezdolnym do działania.

Bez wątpienia Matka to utwór będący gorzką diagnozą współczesnego stanu i kształtu kultury, gdzie coraz trudniej o zrywy myślowe, o olśniewające idee, za to nie brak schlebiania gustom niewyszukanym, widać skłonność do zbyt łatwego odwoływania się do popularności czegoś, do zbiorowej akceptacji, podczas gdy gołym okiem widać arcypoważny impas kultury, zawirowania wokół modelu funkcjonowania rodziny, głęboki kryzys moralności, ofensywę konsumpcjonizmu, coraz większą utratę cech indywidualnych osobowości, stechnicyzowaną cywilizację, co musi prowadzić do gwałtownych działań zbiorowych albo do nihilizmu, ucieczki w inne światy, przede wszystkim używkowo-narkotyczne.

„Sztuka upadła (…). Religia skończyła się, filozofia wyżera sobie bebechy i też skończy śmiercią samobójczą. Koniec indywiduum zarżniętego przez społeczeństwo – rzecz już dziś banalna” – taką ocenę współczesności przedstawia Leon Zofii. Rzeczywistość społeczna – i tu się od czasów Witkacego niewiele zmieniło – nie przepada za jednostkami, które mają poczucie własnej odrębności. Lubimy to, co „wszyscy”, własne oceny zastępują nam „opinie” lub internetowe kręgi znajomych tak samo myślących, w wyborach ulegamy marketingowi politycznemu, marketingowi w ogóle, aktywność dotyczy co najwyżej „naszych” zbiorowości, niewielkich środowisk, grup „towarzyszących”, itd. Niektórzy uciekają w świat mirażu, żyją złudzeniami, próbują nadawać sensy temu, co sensu nie ma (przy czym za narkotyk należy uznać nie tylko określone substancje chemiczne, a każdy przejaw zbiorowej fascynacji).

Stanisław Ignacy Witkiewicz – Witkacy w swych rozpoznaniach i ocenach jest ironiczny i gorzki, nieprzyjemny, pokazujący świat zniekształcony jakby w krzywym zwierciadle, ale tym samym obnażający nasze słabości i koniunkturalizmy, przez to nie jest przecież mniej prawdziwy i w ocenach trafny, bo to pisarz ze wszech miar współczesny i wciąż na nasze czasy.

Jan Wolski

Więcej na: radio.rzeszow.pl

 

Share This